Baza wiedzy

Szkolenia

Blog Corner Konstanty Chodkowski

Refleksja o współczesnej demokracji

5 lipca 2013 r.

Dziś rano przeczytałem dwa znalezione w internecie, (moim zdaniem) interesujące artykuły. W obydwu postawiono tezę o charakterystycznym dla współczesności rozdźwięku pomiędzy tym, co rzeczywiste a tym, co widoczne, zwłaszcza w odniesieniu do struktur władzy. Mówią niemal jednogłosem: władza polityków jest dziś szczątkowa i raczej iluzoryczna, niż faktyczna.

Po latach rozmyślań,
niemal u schyłku życia,
dokonałem niezmiernie
głębokiego odkrycia.

(?)

co dręczy nas od wieków
i wciąż wraca od nowa:
Kto rządzi światem? Jaka
mafia anonimowa?

(?)

Gotowiście na wszystko?
Ha, dobrze, jam też gotów.
Słuchajcie: światem rządzi
wielka zmowa idiotów.

Marian Hemar, Kto rządzi światem? 1961 r.

Pierwszy tekst, autorstwa Juliusza Skibickiego (Instytut Aktywności Społecznej) dotyczył charakteru polityki w dobie globalizacji, drugi zaś, autorstwa Adama Raszewskiego (Teologia Polityczna), traktował o tyranii mediów.

Może prawdą jest, że w wielu kwestiach ostateczne rozstrzygnięcia zapadają w parlamencie, ale bynajmniej nie dlatego, że tam zostały od początku do końca przeprowadzone. Projekt ustawy przekuty w obowiązujące prawo jest raczej efektem finalnym (albo może ubocznym?) starć wielowektorowych sił w układzie sieciowym, w którym przewagę koncentracji władzy coraz częściej osiągają instytucje pozapaństwowe. O przykład nietrudno – proszę spróbować rozstrzygnąć, który z wymienionych instrumentów cieszy się większą swobodą działania połączoną z jednoczesnym potencjałem realnego wpływu na rzeczywistość: główne wydanie wiadomości w jednej z wiodących stacji telewizyjnych, czy posiedzenie sejmowej Komisji Gospodarki? Problemy, które napotykamy próbując odpowiedzieć na to pytanie świadczą już same za siebie, a cechy konstytutywne władzy XXI wieku dostrzeże każdy, co bardziej wprawiony obserwator życia politycznego. W obecnym stanie rzeczy pokusiłbym się o stwierdzenie, iż to nie przypadek, że dwa wspomniane we wstępie artykuły powstały w zbliżonym czasie, choć (jak przypuszczam) w rezultacie zupełnie niezależnych od siebie zbiegów myśli i doświadczeń.

Powiem więcej ? gdy wpisać w wyszukiwarkę Google frazę ?kto rządzi Polską?, uświadczymy niezmierzoną ilość artykułów, felietonów i komentarzy, z których żaden w odpowiedzi na zadane pytanie nie wskaże legalnych władz państwowych. Idea pozapaństwowej organizacji władzy jest społeczeństwu dobrze znana również w realu ? kiedy pytam rówieśnika, współpracownika czy rodzica: ?kto faktycznie rządzi krajem?? ? odpowiedź typu ?Sejm? czy ?Rząd? pada podobnie relatywnie rzadko, zaś lista potencjalnych zakulisowych włodarzy ciągnie się bez końca. Od korporacji międzynarodowych, przez media po związki zawodowe i wyznaniowe ? każdy respondent ma swój typ i ponad wszelką wątpliwość każdy wykazuje daleko posuniętą świadomość faktu, iż legalnie wybrani politycy podlegają tylu różnorodnym naciskom, że trudno już mówić w ich przypadku o jakiejkolwiek swobodzie działania. Wszyscy są zgodni co do tezy, że władza polityków jest ograniczona, co przytaczana przez Juliusza Skibickiego teoria Alvina Tofflera zdaje się tylko potwierdzać. Sedno sprawy zawiera się w lakonicznym podsumowaniu artykułu z „zamIASt”: ?(?) partie polityczne, aparat biurokratyczny egzekwujący prawo, dysponujące informacją media i sieć żyjących w symbiozie z politykami biznesmenów. Oto władza w Rzeczpospolitej Polskiej roku 2013.?

Skoro już to wiemy, to czas na następny krok. Oto bowiem powstaje przed nami pytanie: skoro politycy mają ograniczony wpływ na rządzenie państwem, to czemu w ogóle jeszcze zwracamy na nich uwagę? Skoro nie rządzą, to jaką pełnią rolę i czemu poświęcamy im tyle naszego bezcennego czasu? Od rana do wieczora patrzymy na nich w telewizji rozliczając ze spraw, których bieg jest od nich często niezależny, zaś sprawy najważniejsze nieustannie gdzieś nam umykają. Meritum problemów społecznych rozstrzygane jest w punkcie o którym wiemy, że gdzieś jest, ale nie potrafimy go namierzyć, bo jedyne na co patrzymy to bezwartościowa sprzeczka w wieczornych programach publicystycznych ? ?wojna wpisana w ramówkę?, jak zwykłem to nazywać. Wyjaśniając to zjawisko, Adam Raszewski pociąga do odpowiedzialności (nie bez słuszności) media, które w pogoni za władzą nad umysłami dokonują systemowej i (być może) przemyślanej destrukcji autonomii jednostki oraz dekonstrukcji rzeczywistości. ?Komercyjne media (?) dążą do maksymalizacji rzeczywistej władzy, pełniejszych i skuteczniejszych możliwości oddziaływania, by obywatel począł posługiwać się językiem właściwym dla narzucanego mu dyskursu? ? peroruje ? ? Na bazie importowanych wyobrażeń (?) dokonuje się redefinicja dotychczasowych kategorii i rewizja treści, jakie kryją się za podstawowymi pojęciami istotnymi z punktu widzenia wspólnoty. Jednostki poczynają posługiwać się nieswoim językiem, w efekcie gubiąc właściwą percepcję kodów kulturowych i zdolność rozumienia rzeczywistości.? Odkrywa się więc przed nami intencja tych, którzy dostarczają nam szeroki (w znaczeniu: masowy) dostęp do informacji ? zniwelowanie zdolności jednostki do właściwej interpretacji faktów. Codzienna porcja newsów gwarantuje niekończącą się serię wstrząsów, powoduje szok i przerażenie, które zaburza naturalną zdolność do utrzymywania spójnej i autonomicznej narracji ciągów wydarzeń. Historia dziejąca się na naszych oczach zaczyna wydawać się niekompletna i rozlazła, co w pierwszej kolejności przekłada się na brak zrozumienia i zniechęcenie, w następnej zaś na swobodne (świadome bądź nie) podporządkowanie się narratorowi zewnętrznemu. To w końcu żadna nowość, iż łatwiej rządzi się nieświadomymi, gdyż ci, pozbawieni elementarnej wiedzy, nie znajdują racjonalnych podstaw dla postawienia oporu. Kolejne pytanie brzmi więc: czy wobec państwa ze społeczeństwem niezdolnym do podejmowania zorganizowanego sprzeciwu możemy jeszcze stosować termin ?demokratyczne??

Wszak demokracja to nie tylko procedura wyłaniania klasy politycznej na podstawie wolnych wyborów. Jak trafnie stwierdził prezes Instytutu Aktywności Społecznej, Rafał Więckiewicz podczas jednej z debat zorganizowanych na Uniwersytecie Warszawskim ? ?demokracja to wyzwanie rzucone każdemu z nas.? To z jednej strony obietnica względnej swobody niskiego stopnia opresyjności państwa, z drugiej zaś konieczność zarządzania nim i dbania o nie przez wszystkich obywateli (wyzwanie!). Demokracja wymaga od nas wiedzy, świadomości, umiejętności harmonijnego współżycia społecznego i chęci podejmowania wysiłku na rzecz pokonywania kolejnych trudności. W toku dziejów historycznych demokracja powstawała jako proces emancypacyjny kolejnych warstw społecznych. Najpierw burżuazja, a za nią kolejne grupy osiągały stan potencjału umożliwiający im stwierdzenie wprost: ?tak, będę rządził państwem lepiej niż ten król?. Na swój sposób takie podejście jawiło się zuchwałym, lecz w swoim czasie miało, wydaje mi się, znacznie więcej racji bytu niż choćby dziś, gdy za sprawą mediów obywatele sami zrzekają się myślenia, a co dopiero podejmowania ryzyka działania w imię lepszego ułożenia zasad organizacji instytucji publicznych. A przecież już w samym słowie ?demokracja? zawiera się takie żądanie. Jeśli lud ma rządzić, to lud potrzebuje ku temu narzędzi ? umiejętności i odpowiedzialności, bez których termin ?władza? pozostaje tylko pustym wyrazem. Przeciwdziałanie rozwojowi umiejętności społeczeństwa do samoorganizowania (a więc i działanie na rzecz zniesienia odpowiedzialności tych, dla których odpowiedzialność powinna być terminem konstytutywnym) to nic innego jak wyjaławianie zjawiska władzy, wyrywanie go z formy, którą znamy i którą przyjęliśmy za najodpowiedniejszą. Słowem: odpowiedzialnymi czyni się tych, których władzę regularnie się ogranicza, zaś władzę przejmują ci, którzy z odpowiedzialnością nie mają nic wspólnego. Wszyscy jesteśmy pierwsi do rozliczania ze złych decyzji tego czy innego posła lub ministra, ale żaden z nas nie pali się do demokratycznej kontroli nad mediami. Wszystkich oburza sytuacja, w której ten czy inny poseł nie zna podstawowych dat z historii Polski, ale nikogo nie razi fakt, że intelektualne aspiracje kilku znanych tzw. ?redaktorów? nie sięgają nawet w połowie tak wysoko, jak wymagamy tego od posłów. I w końcu dochodzimy do spraw zasadniczych: wielu z nas bałoby się dopuścić do władzy osobę nieobeznaną w sprawach publicznych, ale nikt nie opiera się przed dopuszczeniem do głosu nieobeznanego społeczeństwa. Niejeden z nas obawia się tyrana u sterów, ale nikt nie broni się stając twarzą w twarz z tyranem mediów czy wielkiego biznesu.

I tu zaczyna się nasza rola, drogi Juliuszu Skibicki, Adamie Raszewski i wielu innych, na których artykuły się dziś nie natknąłem, a którzy podzielacie nasze spostrzeżenia. Raz jeszcze z artykułu ?Tyrania mediów ? opis zjawiska? przytoczę istotny fragment (by wybrzmiał głośniej choć o jednego krzyczącego), otóż: ?Mimo upadku reżimów totalitarnych, suwerenność światopoglądowa jednostki wciąż jest zagrożona. Zmienił się przeciwnik ? stał się bardziej ukryty, mniej wyrazisty. Lecz nie przestał zagrażać świadomości obywateli, swą tyraniczną pracę realizując każdego dnia, z wytrwałością i świadomością własnej mocy. By z takim rywalem stanąć w szranki, potrzeba niemałej odwagi i samozaparcia. Porażka w boju kosztować będzie drogo. Ale hańbą okryją się tylko ci, którzy przyłbicy nie podnieśli i oręża nie chwycili.?

Podziel się
Przeczytaj również
Komentarze

Nasi partnerzy

© 2017 Fundacja Wspierania Inicjatyw Młodzieżowych 4YOUth. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wydawca serwisu Marketing Polityczny na podstawie art. 25 ust. 1 pkt. 1 lit. b) ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631, Nr 94, poz. 658 ze zm.), wyraźnie zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie jakichkolwiek artykułów zamieszczonych na portalu www.marketingpolityczny.org jest zabronione.