Baza wiedzy

Szkolenia

Blog Corner Konstanty Chodkowski

Czy polityk to produkt?

25 lutego 2013 r.

W jakim stopniu potencjał wyborczy kandydata zależy od jego zamożności?
W jakim stopniu potencjał wyborczy kandydata zależy od jego zamożności?fot. Piotr Drabik/Wikimedia Commons

W odpowiedzi na mój poprzedni tekst pojawiła się garść głosów polemicznych. To dobrze, że takowe wystąpiły, a źle, że w tak małej ilości. Problematyka marketingu i wyzwania, przed jakimi staje sfera polityki wobec dynamicznego rozwoju tej demonicznej siły, zdają się wymagać od nas o wiele większego wysiłku intelektualnego. Gorąco zachęcam do jego podjęcia i samemu idę za ciosem.

Wśród odpowiedzi znalazłem jedno przerażające stwierdzenie. Nie żebym się go nie spodziewał, po prostu do samego końca żywiłem głęboką nadzieję, że może jednak nie padnie. Chodzi o jakże niechybne przyrównanie polityka do produktu i konsultanta do akwizytora. To nic innego jak wynik zupełnie błędnego rozumowania, które może nieść za sobą doprawdy drastyczne konsekwencje. Przyjrzyjmy się problemowi z bliska. Czy polityk to produkt?

Produkt kupujemy w sklepie celem jednorazowego użytku (w przypadku pralki czy samochodu ?jeden raz? trwa po prostu około siedmiu lat). Produkt jako taki nie ma woli, myśli, charakteru czy osobowości. W przeciwieństwie do polityka możemy go zareklamować, zwrócić lub sprzedać kolejnej osobie. Produkt podlega też serwisowi i jednostronnej ocenie konsumenta (jednostronnej, bo nie jest w stanie o własnych siłach obronić się przed naszą krytyką). Produkt to niema, martwa rzecz, a w przypadku polityka mamy do czynienia z istotą żywą, tj. myślącą, posiadającą uczucia, wspomnienia, wiedzę, wolę i możliwość działania. Polityk to zawsze (w 100 proc. przypadków) człowiek, produkt zaś to zawsze (również w 100 proc. przypadków) byt od człowieka różny. Jeśli więc sprowadzamy polityka, partię polityczną, program czy ideologię do roli produktu, to dokonujemy ich bezwzględnego uprzedmiotowienia, a więc również instrumentalizacji (bo który martwy przedmiot potrafi oprzeć się ludzkiej woli?). Wolny rynek ma wiele zastosowań, ale (co zauważa się coraz rzadziej) ma też granice swojej użyteczności ? ot, jeśli jesteśmy np. przeciwnikami niewolnictwa, to czemu z taką łatwością skłaniamy się do porównywania polityka do produktu? Wszak od argumentu „rynku politycznego” do postulatu handlu ludźmi już tylko jeden krok! Poza tym: ilu z was byłoby szczęśliwymi, gdybyście dowiedzieli się nagle, że tak naprawdę jesteście batonikami ?Bounty??

Dalej ? jeśli mamy zamiar wobec polityki stosować logikę wolnorynkową to przyjmijmy na siebie pełne tego założenia konsekwencje. Po pierwsze ? władza zawsze (ale to zawsze) należeć będzie do najbogatszych. Najbogatszy polityk będzie miał największy potencjał wyborczy, a za sprawą posiadanego kapitału będzie mógł pozwolić sobie na przykład na długie pozostawanie poza ringiem tak, że pierwsza czy druga przegrana elekcja de facto nijak nie zaszkodzi jego działalności, zaś choć jedna wygrana po prostu go trochę wspomoże. Tak czy inaczej ? polityk-kapitalista będzie robił swoje bez względu na wolę ogółu – powstanie zjawisko polityki-samowolki, którego skutki możemy sobie łatwo wyobrazić. Ponadto, w układzie „polit-kapitalistycznych” o wszelkich procesach politycznych decydować będą układy czysto finansowe. Wyobraźmy sobie przejęcia i fuzje partii, przebiegające wyłącznie na gruncie finansowym i tłumaczone prostą kalkulacją zysków i strat. Oddajemy głos na partię liberalną, która za dwa tygodnie staje się partią socjalistyczną a po miesiącu ląduje we wspólnej loży z konserwatystami. Wszystko to opatrzone oczywiście zgrabnym wytłumaczeniem, że przecież to od wyborcy koniec końców zależy na kogo głosuje. Skoro wyborca zagłosował dwa miesiące temu na liberałów, to tak jakby dał im swoje przyzwolenie na czyny wszelkie, począwszy od fuzji z socjalistami, na odebraniu sobie miejsca pracy skończywszy. Brzmi absurdalnie? Niby tak, ale polityka dyktowana sondażami i zasadom marketingu właśnie do tego się sprowadza.

W kwestii ?urynkowienia? polityki należałoby także rozpatrzyć kategorię użyteczności. O ile tezy zaproponowane przez znamienitych apologetów egoizmu pokroju (przykładowo) Jeremy’ego Benthama znajdują zastosowanie w marketingu gospodarczym, o tyle nie chciałbym, aby benthamowskie koncepcje rychło zawładnęły światem polityki. Bo na przykład: czy jeśli na produkt x znajduje się duża liczba nabywców, to czy oznacza to automatycznie, że produkt x jest użyteczny? ?Rynkowcy? z pewnością ochoczo odpowiedzą, że tak, ale jeśli konsekwencje takiej wypowiedzi weźmiemy na serio, to będziemy zmuszeni zgodzić się również z tezą, że użyteczne są produkty takich marek jak: McDonald?s, Lay?s, czy Philip Morris, co będzie stało w oczywistej sprzeczności z prawdą. Wolnorynkowa użyteczność to nic innego jak pochwała przyjemności ? to nowe oblicze hedonizmu. Jeśli więc słowo ?polityka? miałoby się wiązać z podobną do wolnorynkowej celebracją użyteczności, to mam poważne wątpliwości, czy w takim wypadku celowe będzie dalsze rozróżnianie Sejmu od hipermarketu.

W moich oczach, ci legendarni ?spin-doktorzy? to w rzeczywistości tacy maluczcy przemytnicy szmuglujący nie do końca sprawdzone produkty przez coraz mniej szczelną granicę między prywatnym a publicznym. Powoli, ziarenko po ziarenku, kurs po kursie, sumiennie przekształcają politykę w imperium hedonizmu. Bo czym innym zajmuje się taki konsultant niż zwalnianiem polityka z przymusu dbałości o własną tożsamość ? ergo ? czym innym niż stricte sprzedażą przyjemności? Jego ofertę stanowi w głównej mierze prymitywna regulacja rynku zgodnie z nakazami benthamowskiej użyteczności: promocja błogiej bezmyślności, poszerzanie przestrzeni akceptacji dla infantylnej bezrefleksyjności. Marketing polityczny zastępuje idee obrazami, skojarzenia i pospolite mniemania stawia w miejsce faktów, emocje w miejsce rozumu, a rozrywkę w miejsce edukacji. Jakim innym terminem niż ?z gruntu złe? można określić tzw. kreowanie wizerunku? Jeśli u kogoś występuje potrzeba kreowania własnego wizerunku to tak, jakby ów ktoś stwierdził, że tego wizerunku nie posiada ? a to by było bardzo dziwne. Bo swój wizerunek, a zatem odbicie w oczach innych ludzi, ma każdy z nas. Czy jest więc co kreować, lub może, za słownikiem synonimów: wykonać, uczynić, stworzyć, formułować? Oczywiście, że nie! ?Kreowanie? w tym przypadku to tylko część nowomowy, która sprytnie ukrywa słowo ?zniekształcanie?, a więc odrywanie od rzeczywistości, przekłamywanie i zamazywanie (tu:) faktów. Nie chodzi zatem o stworzenie czegoś od nowa, ale o utworzenie tego co jest takim, jakim chce się, aby było ? do gry wkracza kategoria przetwórstwa, tj. główny filar logiki rynkowej (bo na przetwórstwie, produkcji w trybie nakładczym, poza mistrzem i czeladnikiem wyrósł kapitalizm). Chodzi więc o to, aby ktoś, kto potrafi zastąpić rzeczywistość wrażeniami (tu jak najbardziej na miejscu jest sformułowanie: stosować oszustwo) znalazł pracę, aby oszustwo stało się biznesem i to biznesem dobrze opłacanym ? oto wielka tajemnica wiary.

Mamy więc do czynienia z żywiołem groźnym, nieprzewidywalnym i trudnym do kontrolowania. Podobnie jak Richard Weaver zauważał niechybny wyciek reguł egalitarnej demokracji do sfer życia, które dla demokracji przeznaczone z natury nie są, tak i ja bym za nim z chęcią zawtórował przestrzegając Was przed wpychaniem zasad wolnego rynku na siłę tam, gdzie popadnie. Po to stworzyliśmy różnicę pojęciową między rynkiem a demokracją, aby jedno nie stało się drugim i vice versa. Podobnież nie bez powodu istnieje w naszych umysłach idea człowieka różna od idei produktu.

Licencja Creative Commons
Artykuł dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

Podziel się
Przeczytaj również
Komentarze

Nasi partnerzy

© 2019 Fundacja Wspierania Inicjatyw Młodzieżowych 4YOUth. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wydawca serwisu Marketing Polityczny na podstawie art. 25 ust. 1 pkt. 1 lit. b) ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631, Nr 94, poz. 658 ze zm.), wyraźnie zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie jakichkolwiek artykułów zamieszczonych na portalu www.marketingpolityczny.org jest zabronione.